inny rodzaj euforii
Jeżdżą na tym drugim :)
Wystawiłam Kozę z salonu, odkurzyłam, pogłaskałam, przytuliłam i po kilku, na palcach jednej ręki można zliczyć, cmoknięciach załadowałam się na siodło i ... No właśnie. Zanim wyjechałam z osiedla omal z niego nie spadłam. No nisko jakoś, koła inne, kierownica wysoko, ja bez kasku i w ogóle tak incognito... No było DZIWNIE nie ukrywam, ale każdy kilometr, każdy metr, ba nawet każdy centymetr tak mnie uszczęśliwił jak tylko centymetry potrafią :)))
Bosko!
Bo to i piękny rowerek jest. A jak cudownie buja, jak fajnie bierze wyboje, normalnie cud-miód-malinka. Co prawda rowerzyści w obcisłych patrzyli na mnie jakbym miała im zaraz zajechać drogę :), a kierowcy ... a kierowcy właściwie jechali tak samo, z tym że zamiast trąbienia, z okna obszczekał mnie jakiś pies. I muszę przyznać, że przestraszyłam się wtedy bardziej niż gdyby minął mnie tir na gazetę.
A Kozę zabiorę chyba w tym tygodniu do warsztatu, żeby przycięli kierownicę i odkręcili w końcu espedy. Bo tak - mam tam zatrzaski... Zaparkowałam dziś przy Decathlonie, jak wracałam to właśnie hipnotyzowały jakiegoś innego rowerzystę. Ten mars na czole, z którym odjeżdżał świadczył, że chyba nic dobrego sobie o mnie nie pomyślał.
A to wyciągnięte z archiwum

Marzec 2010, Stadion Narodowy i Koza© sliwka
Przejechałyśmy razem pół Polski

nie da się ukryć, że ktoś tu ma rogatą duszę :)© sliwka